Sol8

   Lida                                                                                                                   www.sol8.manifo.com

,,szu­kając przy­jaciół... nie twórz wrogów,, ~Witka

W sercu pisane opowiadania

W sercu moim  Action Cytaty.info

O trzy nu­mery za duże...
Spot­kałam dziś człowieka. Dro­ga z przys­tanku wie­dzie przez las.
Wiem, ko­bieta po le­sie sa­ma chodzić nie po­win­na.
Ale ja prze­cież kocham ten las i on kocha mnie.
Nie zro­biłby mi krzyw­dy. Zresztą ko­mu się chce przy
tem­pe­raturze zbliżonej niemalże do ze­ra ab­so­lut­ne­go czaić się
gdzieś za drze­wem na sa­mot­ne ko­biety? Śnieg skrzy­piał mi pod
sto­pami, a słońce rzu­cało czer­wo­ne światło, po­zos­tając w
zachwy­cającym kon­traście z bielą mroźnej pie­rzy­ny, która przyk­ryła
świat. Czy to nie jest niesa­mowi­te, że naj­gorętszy z ko­lorów zaw­sze
zwias­tu­je najzim­niej­sze no­ce? A więc, wra­cając do sed­na,
spot­kałam człowieka. Przy­siadł so­bie na prze­walo­nym ko­narze
drze­wa, które tuż przed zimą za­mor­do­wała wichu­ra. Usłyszał
skrzy­pienie śniegu pod moimi sto­pami i pod­niósł wzrok w kierun­ku, z
które­go się zbliżały. Nasze oczy spot­kały się i były tak niebies­kie,
że już chy­ba nic bar­dziej niebies­kiego być nie może. Nie, to wca­le
nie była miłość od pier­wsze­go spoj­rze­nia. Nie mam pojęcia ile mógł
mieć lat, ani kim był. Widziałam go po raz pier­wszy w życiu.
Przys­tanęłam obok niego o dzi­wo, wca­le nie od­czu­wając strachu przed
dość moc­no zbu­dowa­nym mężczyzną.„Co tu­taj ro­bisz człowieku?" --
spy­tałam.„Cze­kam" -- od­po­wie­dział, a z je­go ust wy­dobyła się
mgiełka ciepłego po­wiet­rza. Po­myślałam, że jeśli dusza może ula­tywać
z ciała, to ro­bi to właśnie w ten sposób. Bo dusza jest ciepła, a
ciało, które umarło, lo­dowa­te, jak dzi­siaj mój las (pew­nie za dużo
filmów się naoglądałam...).„Cze­kasz? Na co?" -- do­pyty­wałam
zain­try­gowa­na.„Na szczęście" -- od­parł bez iro­nii.„Szczęście... A
cóż by ro­biło tu szczęście? W środ­ku la­su? W środ­ku zi­my? Przy
mi­nus 15 stop­niach? Jeszcze do te­go noc się zbliża. Może
pot­rze­bujesz po­mocy?" -- dzi­wiłam się.„Widzisz dziec­ko, szczęście
nig­dy nie przychodzi, kiedy go szu­kasz. Zja­wia się w naj­mniej
spodziewa­nym cza­sie i miej­scu. Właśnie tu­taj naj­mniej spodziewałbym
się je spot­kać. W środ­ku zi­my, w środ­ku la­su, przy mi­nus 15,
właści­wie nocą, bo w le­sie zaw­sze szyb­ciej za­pada noc. Dla­tego
właśnie tu­taj na nie cze­kam. I wiesz co? Mogę już stąd odejść, bo tu
dzi­siaj spot­kało mnie szczęście. Spot­kałem człowieka, który nie
przeszedł obojętnie obok mnie." -- człowiek za­milkł, a ja wie­działam,
że już więcej nic nie po­wie. Wstał, wziął mnie pod rękę i od­pro­wadził
do do­mu. Od­chodząc od­wrócił się jeszcze i rzu­cił przez
ra­mię:„Sta­raj się dziec­ko nie chodzić sa­ma po le­sie, choćbyś znała
go od urodze­nia. On cię nie skrzyw­dzi, ale nie za­wahają się
skrzyw­dzić Cię ludzie" -- i od­szedł...Nie wiem jak długo jeszcze
stałam przed do­mem, w każdym ra­zie kar­mi­nowe słońce zdążyło scho­wać
się za ho­ryzon­tem. Dziw­na przy­goda, która mnie spot­kała,
spra­wiła, że za­myślałam się cały wieczór, jak nig­dy dotąd. Bo tak
nap­rawdę wszys­tko, co mnie w życiu spo­tyka, wszys­tko co da­je mi
niepo­kor­ny mój los, zaw­sze jest w większym roz­mia­rze. Al­bo za
wiel­kie ser­ca, al­bo za duży biust itp. Na­wet i szczęście, które mnie
spo­tyka jest za duże. Gdy weszłam do do­mu pos­ta­nowiłam je so­bie
przy­mie­rzyć. Trochę na mnie wi­si to mo­je szczęście. Al­bo ja może
jes­tem dla niego za mała, choć do naj­drob­niej­szych pos­turą ko­biet
wca­le nie na­leżę. Cieka­we, czy do twarzy mi w szczęściu. Boję się
wkładać je częściej, by go nie zniszczyć, nie zab­rudzić. A już w
żad­nym wy­pad­ku nie chciałabym mu­sieć go prać. Nie ma met­ki, na­wet
nie wie­działabym jak się z nim obejść...To mo­je szczęście ma kształt
jed­wabnej su­kien­ki i barwę błękit­ne­go nieba. A błękit ten jest
niesa­mowi­ty. Gdzienieg­dzie przep­la­ta się z niemal przez­roczystą
bielą chmur. Ta­kich roz­trze­panych po ca­lut­kim niebie. De­likat­nie
op­la­ta mo­je ciało i jest bar­dzo przy­jem­ne w do­tyku. Chłod­ne i
jed­nocześnie ciepłe. Ciepło za­pew­ne przejęło so­bie od mo­jego ciała.
Od­kry­wa ra­miona i nieco de­kol­tu. Spięte białą kla­merką na le­wym
ra­mieniu, spa­da so­bie spo­koj­nie w dół, niczym stru­mień górski.
Czys­te i nies­każone. Załamu­je się lek­ko na wy­sokości pier­si,
otu­lając je i cho­wając ser­ce i duszę. A mo­jej duszy bar­dzo jest do
twarzy w tym błęki­cie... Po­tem obej­mu­je mnie w ta­lii, ale nie
opi­na. I znów bez­tros­ko spa­da lejąc się po biod­rach i zasłaniając
no­gi. Tu­taj sta­je się przez­roczys­te. Kończy swoją podróż tuż przy
bo­sych sto­pach. Wyglądam w nim trochę jak nim­fa wod­na z
ro­man­tycznych bal­lad, al­bo jak ja­kaś sta­rożyt­na kapłan­ka.
Przeglądam się w lus­trze i myślę so­bie, że trochę za duży roz­miar
te­go błęki­tu przyszło mi no­sić. Mógłby bar­dziej opi­nać pier­si i
ta­lię, ład­niej bym wte­dy wyglądała. Nie od­ważę się na­wet go tknąć,
by bar­dziej do­paso­wać do ciała. Szczęścia się nie mo­dyfi­kuje.
Prze­cież to nie pro­sięta bez ogonków ani nie ku­kurydza. Muszę siebie
do­paso­wać do niego. Mogłabym przyb­rać na wadze i tak by było
najłat­wiej. Ale mogłabym również ob­rosnąć w piórka i dumę. Bo
prze­cież ko­mu się zdarza ta­kie piękne szczęście? No­siłabym jej
wówczas z wy­soko pod­niesioną głową. Ale je­mu byłoby niewy­god­nie. I
przes­tałoby być czys­te i nies­ka­lane. Po­za tym ja nie umiem chy­ba
ob­rastać w piórka (wiem, bo już próbo­wałam, nie wychodzi mi to).
Przes­trze­nie po­między błękitną tka­niną a moim ciałem, ser­cem i
duszą, zdają się być za­rezer­wo­wane dla ciepła, uśmie­chu, czułości,
uczuć. Więc będę so­bie ob­rastać w ciepło, w uśmiech, w czułość i w
uczu­cia. A mo­je szczęście będzie bar­dzo szczęśli­we, może na­wet
szczęśliw­sze ode mnie. I cho­ciaż dziś jest o co naj­mniej trzy
roz­miary przy­duże, za kil­ka dni, może miesięcy, sta­nie się szy­te na
miarę. A raczej to miara będzie uszy­ta na szczęście...zaw­sze
będę się mar­twił o Ciebie.

Ale ty nie zap­rzątej so­bie głowy mną,
po­wie­dział.Jak­by przez utu­lenie, po raz os­tatni dot­knął jej małe
wiel­kie ser­ce.Za­padła cisza. Cisza, którą porównać by można do
bez­kre­su, niemożli­wości sięga­nia wzro­kiem wid­nokręgu biegu­na
połud­niowe­go, na którym się zna­lazł.Po­myślał, jakże jes­teśmy
sa­mot­ni i bez­bron­ni wo­bec tej pus­tki, mno­gości pa­nujących tu żywiołów
na­tury.

[ Przy­jaciel Piot ]                                             sol8 13 lutego 2012 
Etap 1

Małżeństwo.

Dziwna sprawa zawsze myślałam, że to świętość, ale nie - z rąk jednego kata trafiłam do drugiego zwanego małżeństwo. Jaki człowiek naiwny gdy ma te 21 lat świat jawi się kolorowo, bo coś nowego czeka nas co daje nadzieje na lepsze jutro, a tu niespodzianka zimny prysznic złudzeń prysł jak mydlana bańka.Wierząc w lepsze jutro zapominamy o uczciwości względem siebie, by zadać sobie pytanie dlaczego? Ja zapomniałam i oberwałam, bo marzyłam, lecz nie kochałam, bo nie umiałam, a marzenia to za mało na całe życie nie wystarczają nie ogrzeją nie przytulą i nie powiedzą, że kochają. Po takim skoku w ramiona marzeń ciężko się obudzić i odpowiedzieć na pytanie dlaczego? Ale warto je zadać, by zrozumieć sens istnienia naszego w tym świecie, bo przecież jakie proste one, by było gdybyśmy uczciwie spojrzeli na siebie ile bólu byśmy i rozczarowań sobie zaoszczędzili na tym etapie życia i tak samo można podejść do wszystkich etapów naszego życia np. zdrada, rozwód, praca. Każdy etap to nowy rozdział i to od nas zależy jak sobie pościelimy czy miło, spokojnie, burzowo, zmysłowo nasz los w naszych rękach, ale wracając do sprawy małżeństwo-po rodzinnym domu, był kolejnym koszmarem (zwanym moja własność kupiłem ją) obudziłam się w rękach schizofrenika można powiedzieć, że sama byłam sobie winna, bo pokochałam marzenia lub wydawało mi się, że kocham dziś już sama tego nie wiem lub nie pamiętam za dużo lat upłynęło. W objęciach chorego to tak jakbyś skoczył do wody nie umiejąc pływać otula cię i przygarnia do siebie ciągnąc w czerń. Pytanie na ile będziesz mieć siły, by się wyrwać. Ale człowiek człowiekowi jest wilkiem gdy nie spełnia jego oczekiwań. Marzenia znikają, a ty zostajesz z samą sobą i pytaniami i w tym momencie warto sobie odpowiedzieć szczerze, by nie zwariować lub nie być ciężarem dla innych i własnych ułomności. Czując wolność łapiesz wiatr w swe połamane dłonie, który uwodzi cię ciszą i spokojem oraz tęsknotą za uśmiechem słonecznym. Pamiętaj jednak, unikać tego co złe, by nie pochłonęło cię... Ocalić może cię jedynie taniec wolności tuląc dziecię swoje będąc panią swojego strachu jesteś wolna, by walczyć dalej...

                                                          sol8  6luty 2015.21:00 
Etap 2

Rozwód
To jak suche drzewo powyginane od słonecznych promieni. Nie chroni i nie osłoni w nagości uczuć, lecz zdepcze wolę życia każdego. Nie ważne czy jej czy jego zawsze łamie do żywego, a dłonie chwytające łapczywie wolność powygina krusząc niczym suche gałęzie...cdn.

                                                                 
sol8 8luty 2015. 21:00

Etap 3

Wolność
cdn.
Dawno Dawna Temu...

Nie pamiętam już kiedy była sobie dziewczyna co zawsze pozytywnie marzyła lecz życie jej pokazało że to bardzo nie bezpieczne, bo kiedy serce otwarła garścią piachu dostała, by się obudzić z letargu. Zamknęła więc serce, a kluczyk wyrzuciła daleko stąd, by nie pamiętać gdzie to było i nie szukać tego co umarło w niej, bo i na co komu to...cdn.

                                                                      sol8  3luty 2015. 20:33 


Opowieść o dziecięcym sercu... Część 5 Psie Serce

Na­zajut­rz dziew­czy­na do­wie­działa się z wiado­mości,
że z oko­liczne­go więzienia zbieg­li więźniowie poszu­kiwa­no ich
od kil­ku dni. Zim­ny dreszcz prze­biegł przez jej ciało słuchała da­lej
jed­ne­go zas­trze­lili dru­gi się po­wiesił trze­ciego do­padły psy.
To nie był sen ko­lej­ny raz uszła z życiem dziw­ny był ten dzień.
Mat­ka wtrąciła słowo jak ją szu­kali i się mar­twi­li ile jeździ­li
po rodzi­nie, zna­jomych i nic - gdzieś ty była dziew­czy­no
od­wróciła się i po­wie­działa - tam mat­ka pob­ladła i żyjesz
nic ci nie zro­bili? Długo roz­ma­wiały o tam­tej no­cy lecz nicze­go
to nie zmieniło. Pies zos­tał i zaw­sze to­warzyszył w jej wyp­ra­wach
do la­su nie od­stępo­wała swej pa­ni na krok. Ta­ra pod­rosła nikt
nie mógł się do nich zbliżyć. Lu­biły obie prze­siady­wać na pagórku
pat­rząc w dal nig­dy nie kładła się koło jej nóg zaw­sze sie­działa
przy­tulo­na do niej jak­by wyczu­wała cze­go prag­nie spo­koj­na
wy­ciszo­na lecz czuj­na dbała o swoją pa­nią. Da­wała swe psie ser­ce
ucząc miłości i nadziej na lep­sze jut­ro.
Tak dziew­czy­na skończyła swo­je siedem­naście lat.
Minął ja­kiś czas dziew­czy­na zmęczo­na
ag­resją mat­ki pos­ta­nowiła odejść obiecała jed­nak psi­nie
że będzie zaw­sze w piątek wie­czo­rem.
Nie mówiąc za wiele mat­ce zaczęła się
pa­kować gdy ta to zauważyła za­pytała, a ty dokąd?
od­po­wiedz jednak ją nie za­dowo­liła więc zaczęła się
szar­pać z ba­gażem dziew­czy­ny
ona pa­kowała, a ta roz­rzu­cała trwało to trochę.
Zmęczo­na zaczęła okładała ją jak po­padło
dziew­czy­na tyl­ko stała i na nią pat­rzyła zdzi­wiona,
że od daw­na nic już nie czuję za­pytała - zmęczyłaś się już?
Mat­ka dos­tała szału i tłukła da­lej lecz nic się nie wy­darzyło
dziew­czy­na stała i pat­rzyła za­pyta­niem w swych oczach.
Wychodząc z do­mu od­rzekła tyl­ko - będę w każdy piątek
za­mykając drzwi za sobą, a mat­ka wyk­rzyczała
 - za­bierz te byd­le ze sobą...
Tak jak obiecała psi­nie była. Ra­zem się cie­szyły ra­zem biegały
po la­sach i tęskniły za każdym piątkiem, bo on był ma­giczny po­mimo
wielu prob­lemów zno­siła wszys­tko by­le zna­leźć chwilę dla psi­ny gdy
mat­ka wy­myślała ile trze­ba zro­bić w do­mu. Nig­dy nie żałowała
nicze­go dla ser­ca psiego...lecz za­pytała ser­ca swe­go - co zro­biłam
źle w swoim życiu, że tak dziw­nie plącze się... Nie daj­my się oszu­kać
by wciągnąć się w mat­nie kar­tek wspom­nień pog­rze­banych w nas...
War­to żyć i uśmie­chać się...

                                                                sol8 5 września 2013. 19:40 
Opowieść o dziecięcym sercu ... Część 6 Po Latach

Dziś był in­ny dzień niż zwyk­le. Wyszłam na spa­cer u cioci z psem
idąc par­kiem zo­baczyłam ją uśmie­chniętą jak zwyk­le ba­wiła się
ze swoimi dwo­ma wil­ka­mi. Po­myślałam so­bie czas był łas­ka­wy,
bo wiecie są ta­cy ludzie co po­mimo upływu lat nie zmieniają się.
Uśmie­chnęłam się mówiąc wi­taj kocha­nie to ja two­ja przyb­ra­na
sios­tra.
Uśmiech znikną zos­tały tyl­ko wiel­kie oczy i łzy oraz słowa
szu­miące ni­by po­tok... gdzie byłaś szu­kałam cię jak mogłaś
zos­ta­wić mnie i zniknąć od tak... nic mi nikt nie mówił byłaś
i odeszłaś dlacze­go, a ja tak się bałam nie mogłam spać
tyl­ko płakałam dlacze­go po­wiedz mi...
Stałam myśląc, a ser­ce tłukło się jak­by była burza
bo wte­dy byłyśmy tyl­ko dziećmi łzy spłynęły mi
wzięłam ją za rękę i szepnęłam choć tam
jest ławeczka usiądziemy...
Nic nie ro­zu­miałam z te­go po­to­ku słów, ale do­cierało do mnie
po­wo­li jak mnie kochałaś po­mi­mo tych kil­ku lat mie­szka­nia ra­zem
i jak bar­dzo cier­piałaś będąc sa­ma.
Za­myśliłam się i wte­dy usłyszałam jak płacząc mówisz da­lej
zab­rałaś mo­je­go anioła, a miał się mną opieko­wać
a on ten wred­ny przychodził i do­ty­kał mnie
bo byłam sa­ma ty znikłaś kto mnie miał chro­nić
zos­tałam sa­ma i płakałam nie słuchał mnie...cdn.

                                                        sol8 8styczeń 2014.23:18 
Opowieść o dziecięcym sercu...

Opo­wiem wam o dziew­czyn­ce, którą poz­nałam lecz nie do końca - sa­ma
nie wiem co mam myśleć. Miała pra­wie 6 lat, a jej świat mieścił się
w ma­leńkich dłoniach pełnych roz­cza­rowań. Dnie mi­jały
na rodzi­ciel­skich kłótniach prze­pełnione niena­wiścią i ja­dem, które
le­piej wy­korzys­ta dziecięcą naiw­ność do swych plu­gawych celów
nie ważne jak? Byle tyl­ko zdo­być up­ragniony cel włas­nej głupo­ty.
Pat­rzyłam na nią oczy­ma zam­glo­nymi słuchając jej cieniut­ki głosik
po­wiedz mi proszę dlacze­go ta­tuś ka­zał mi po­wie­dzieć - po­wiedz
ma­mie, że ta­ta się po­wiesił więc ja po­biegłam do ma­musi
i po­wie­działam, a ona po­wie­działa, że dob­rze niech się wie­sza
i tak biegałam z kuchni do ho­lu szlochając i mówiąc co każe ma­musia
i ta­tuś. Słuchałam tej małej zas­ta­nawiając się co jest snem, a jawą
może to tyl­ko zły sen, ale nie ona była tu i mówiła do mnie Boże mój
czy ja śnię. Znów usłyszałam ten głosik oc­knęłam się, a wiesz
po­wie­działa mi - zimą ucieka­liśmy, bo ta­tuś pod­pa­lił dom, bo był
zły na ma­musię pa­miętam ten dym i ub­rań nie ma­my ta­tuś
po­wie­dział, że poszły z dy­mem. No i mam iść do szkoły, bo jes­tem
duża i ma­ma po­wie­działa, że jak wróci to mnie za­wiezie tyl­ko
dziw­nie długo nie wra­ca, bo po­jechała do szew­ca za­wieść mo­je
bu­ciki i chy­ba się zgu­biła, bo ta­tuś jej szu­kał i nie zna­lazł już
i po­wie­dział - nie mar­tw się kocha­nie znajdę ci nową mamę, która
będzie cię kochała. I co ja mam od­po­wie­dzieć Boże mój...
Melodia smut­ku grała w mej duszy gdy słuchałam jej słów - wiesz jak idę
spać to zaw­sze przychodzi do mnie ciem­ny pan i głaszcze mnie
po włosach szep­cząc będzie dob­rze nikt i nic już nie skrzyw­dzi cię
jes­teś mo­ja. Sza­lona myśl prze­biega mi przez głowę,
ale co jak i kto? nie ro­zumiem, ale głosik tej małej mówi da­lej
- on w dzień zni­ka lu­bi noc. Co lu­bi noc ok­na zam­knięte nic
nie ro­zumiem Kto? i mam od­po­wiedz głosik opo­wiada da­lej - to sza­ry
pan o mnie dba po­wie­dział mi, że stra­cił skrzydła za ka­re, bo był
nie grzeczny wte­dy po­myślałam so­bie, że ja też za karę stra­ciłam
ma­musie, bo byłam nie grzeczna... Wróciłam do do­mu muszę wziąć
prysznic nie wiem ile cza­su tak stałam 15, 30, a może 40 mi­nut wo­da
spływało po mym ciele łapałam od­dech Boże mój kto dał nam pra­wo
łama­nia dziecięcych dusz, by zmienić ich w coś ta­kiego jak my.
Kim jes­teśmy, by ra­nić i wy­rywać z serc miłość dziecięcą wpat­rzoną
w nas...
Noc minęła, a ran­kiem zbieram się jak zbi­ty pies,
by małą zająć się we­soła twarzyczka
przy­witała mnie ścis­kając moc­no dłoń wyszep­tała - wiesz ta­ta
po­wie­dział, że dziś poz­na­my nową mamę mój brat jest zły,
a ja nie wiem, bo bar­dzo mi smut­no ty­le cza­su minęło kiedy widziałam
moją ma­musię i boję się, bo za­pom­niałam jej twarz pa­miętam głos był
miły. I rozpłakała się przy­tuliłam ją i czułam jak z oczu płyną
mi łzy. Po kil­ku dniach poz­nałam młodą pa­nią bar­dzo miłą ciepłą
w tym dniu skończyła się mo­ja pra­ca, ale niepokój krążył we mnie
jak zim­ny dreszcz o tą małą przyjęłam zapłatę ukłoniłam się
i na od­chod­ne po­wie­działam, że jak by co to jes­tem i do widze­nia
pa­nu. Tyl­ko się uśmie­chnął i skłonił głową...
Jak pa­mięta­cie pożeg­nałam się od­chodząc pełna obaw o tą małą
nie minęło pół ro­ku, a pop­roszo­no mnie bym znów zajęła się dziec­kiem
przyjęłam tą wiado­mość z ra­dością i smut­kiem. Następne­go dnia już
byłam w pięknym sta­rym dwor­ku smut­na twarzyczka przy­witała mnie.
Opo­wiadała o dob­rych chwi­lach i tych złych jak - ta­ta bił pa­nią,
bo była nie grzeczna jak ginęły cen­ne przed­mioty i ta­tuś był zły tak
ją zbił, że zab­rało ją po­goto­wie już nie wróci bałam się uciekałam
do bra­ta, bo ta­tuś był bar­dzo zły. Dni mi­jały, a ja cze­kałam
na ko­lejną mamę dla tej małej. Które­goś dnia ktoś za pu­kał do drzwi
ot­worzyłam i wys­traszo­na od­skoczyłam to była ona ta miła pa­ni, ale
coś się zmieniło była już in­na bez is­kry życia, a przed sobą miała
spo­ry brzuszek. Usłyszałam ciężkie kro­ki i wro­gi głos
- co ty tu ro­bisz wy­noś się stąd, ale ja jes­tem w ciąży usłyszałam
w od­po­wie­dzi - to idź tam gdzie ci go zro­biono i jed­nym
za­maszys­tym ruchem wyp­chnął ją z do­mu i ty­le ją widziałam.
Dziew­czyn­ka stała w ciem­nym ho­lu szlochając chwy­ciłam ją na ręce
i wbiegłam do po­koju... Ja­kiś czas po­tem wpro­wadziła się do nich
rodzi­na rodzeństwo z mamą i bab­cią. No­wy lep­szy początek dla
tej małej wspólne święta wy­jaz­dy może nie zaw­sze było su­per, ale
miała nową sios­trę i bra­ta po­mału życie toczyło się dalej,
aż do wy­jaz­du w góry do rodzi­ny na święta wiel­ka­noc­ne tam
rodzeństwo pocho­rowało się i z oj­cem dłużej zos­tało zaś ma­cocha
wróciła do dwor­ku z bab­cią i dwójką swoich dzieci. Nikt nie prze­kazał
in­formac­ji do szkoły o cho­robie rodzeństwa więc uz­na­no, że już
nie wrócą, bo wielok­rotnie wi­dywa­no właściwą matkę dzieci, która
po­jawiła się po wielu la­tach nie obec­ności. Gdy po miesięcznej
cho­robie dzieci zja­wiły się w szko­le pow­stało ogólne po­rusze­nie
i zdzi­wienie pop­roszo­no dzieci by oj­ciec zja­wił się na­zajut­rz.
W tym sa­mym cza­sie pod szkołę pod­jechało niepo­zor­ne auto
i cze­kało. Ko­niec lek­cji dzieci biegły do auto­busu ja­kaś ko­bieta
za­wołała chłop­ca i z nim roz­ma­wiała po dłuższej chwi­li chłopiec
pod­biegł do dziew­czyn­ki chwy­cił ją za rękę i rzekł choć ma­ma po nas
przy­jechała... Dziw­ne nig­dy nas nie od­bierała i te auto
i ta dziw­na ko­bieta uśmie­chała się dziew­czyn­ka nic nie ro­zumiała
po­mimo, że 11 lat pra­wie miała. Wsiadaj po­wie­dział brat to nasza
ma­ma dziew­czyn­ka cofnęła się o krok - nie, nie znam jej ja­kiś krzyk
szar­pa­nie się auto od­jechało dzieci zab­rało. Dy­rek­tor szkoły
ob­serwując całe zajście z piętra zadzwo­nił do oj­ca.
Wieczór do­jecha­li do no­wego do­mu zmęcze­nie, płacz, dziew­czyn­ka
wyczer­pa­na zasnęła marząc, że to zły sen i nic nie zmieni się.
Po­ranek oka­zał się jed­nak bru­tal­ny no­wy pokój ściany
nie te i dziw­ny hałas ktoś krząta się szep­cząc do dzieci idźcie stąd.
Wstać, a może nie zasnę i zniknę stąd...


                                                                    sol8 28 sierpień 2013. 00:00 
Opowieść o dziecięcym sercu... Część 2 Zły Sen

Spałam i marzyłam na ja­wie, że to zły sen, a jed­nak tak nie stało się
mu­siałam tu zos­tać w tym do­mu, po­koju i z no­wym rodzeństwem oraz
tą ko­bietą, której nie znam i nie chcę poz­nać. Do po­koju wbiegł mój
star­szy brat choć krzyknął - poz­nasz naszych młod­szych bra­ci wiesz
ja­cy faj­ni skrzy­wiłam się, ale ja nie chcę - no choć sios­tra
nie płacz wiesz jak tu faj­nie - wstałam. Wyszłam, spłoszo­na
skłoniłam się ko­biecie i wy­biegłam z do­mu za bra­tem na podwórko
ojej, a gdzie sa­dy i szum morza jak tu po­nuro i smut­no tyl­ko
chle­wiki i ten za­pach oraz be­tono­wy mur osłaniał w od­da­li las hmm
po­myślałam brzyd­ko. Pod­biegł do mnie brat i rzekł to są na­si bra­cia
po­myślałam so­bie ja­cyś ma­li chyba ponad 4 i 8 lat.
Usiadłam na ławeczce pod je­dynym rozłożys­tym drze­wem
roz­myślając co te­raz ko­go tu znam? Mam
tu tyl­ko bra­ta. Cieka­we co ro­bi ta­ta? Wie­czo­rem była po­lic­ja
długo roz­ma­wiali i po­jecha­li o nic nas nie za­pyta­li stwier­dzi­li
je­dynie, że spra­wa będzie trud­na. Dwa dni później poszliśmy do no­wej
szkoły. Wszys­tko było no­we i ta­kie trud­ne. Mi­jał czas ja na­dal
byłam smut­na. Zaczęłam mówić do niej ma­mo, ale nic nie czułam.
Była na mnie zła, bo upar­cie od­ma­wiałam na­zywa­nia wuj­ka oj­cem
za karę nie mogłam z nim wychodzić no bo jak każde dziec­ko woła ma­ma,
ta­ta, a ja upar­cie ma­ma, wu­jek. Przyp­ra­wiałam ich o ból głowy,
aż do dnia w którym na­roz­ra­biał mój brat nie wiem co się stało
pa­miętam tyl­ko krzy­ki, że jak mógł im to zro­bić ta­ki wstyd,
by kraść wyz­wiska pa­dały bez li­ku i je­go krzyk nie wyt­rzy­małam
ot­worzyłam drzwi do kuchni gdzie była komórka i wejście do łazien­ki
pat­rząc osłupiała myślałam o jed­nym za­bije mi bra­ta, a ona trzy­mała
go moc­no za szyję z głową w toale­cie spuszczała wodę krzycząc mów
gdzie to jest... rzu­ciłam się do niej i tłukłam pięściami na oślep
krzycząc puść go! za­bijesz mi bra­ta! nie wiem ile cza­su minęło
i jak długo to trwało, ale jak go puściła był si­ny i z tru­dem od­dech łapał.
Po tym in­cy­den­cie brat był in­ny po­wie­dział, że uciek­nie...
a ja co ze mną znów zos­tanę sa­ma..
Trudno było się uśmie­chać, ale sta­raliśmy się ja­koś fun­kcjo­nować.
Wie­czo­rami szep­ta­liśmy snując pla­ny co da­lej. Które­goś dnia gdy
ba­wiliśmy się w cho­wane­go zja­wił się nie ocze­kiwa­nie ta­ta
na mo­torze chciał nas od­wie­dzić i przy­wiózł łako­cie gdy brat
go zo­baczył wpiął się w niego krzycząc za­bierz mnie stąd !!! Ta­to
nie myśląc od­pa­lił mo­tor zarzu­cił kur­tkę swoją bra­tu i od­jecha­li
bez słowa. Nie widziałam ich już więcej ja­ko dziec­ko.
Przes­tałam myśleć do­padła mnie mat­nia zos­tałam sa­ma ze sobą.
Minęły wa­kac­je poszłam do 5 kla­sy nie cier­piałam nicze­go su­kienek
i tych wstrętnych ki­tek z ko­kar­dka­mi czułam się jak kro­wa,
bo u ta­ty zaw­sze miałam włosy ob­cięte na pa­zia. Wszys­tko i wszys­cy
mnie drażni­li byłam niez­nośna. Które­goś dnia pat­rząc w lus­tro
widząc te kit­ki chwy­ciłam nożyce i cięłam jak po­pad­nie by­le ich
nie było gdy skończyłam sa­ma się wys­traszyłam po­myślałam so­bie
tyl­ko no i znów mi się ober­wie, ale nie o dzi­wo po­jecha­liśmy
do mias­ta tak jak wyglądałam do fo­tog­ra­fa by zro­bić mi zdjęcie
do szkol­nej le­gity­mac­ji. Fo­tog­raf z de­ka w szo­ku py­tał matkę
czy oby na pew­no może le­piej iść do fryz­je­ra no i miałam cud fotkę,
ale się nie przejęłam tyl­ko ma­zakiem włosy do­malo­wałam w szkol­nej
le­gity­mac­ji. Nie wiem co było gor­sze wy­jazd do mias­ta? Czy może
la­nie? 


                                                                sol8 2 wrzesień 2013. 22:12 
Opowieść o dziecięcym sercu ... Część 3 Izolacja

Ko­leżan­ki się dzi­wiły tej no­wej ja­kiś straszak i nic więcej.
Po szko­le wiel­ka no­wina cze­kała ją w do­mu oka­zało się, że mat­ka
jest przy nadziei od ja­kiegoś cza­su tyl­ko nic nie mówiła.
Dziew­czy­na tyl­ko się skrzy­wiła i po­myślała ko­lej­ne dziec­ko
i po co? Mat­ka widziała niechęć i nie była za­dowo­lona nie ro­zumiała
nicze­go, że dziew­czy­na właśnie obu­mierała od środ­ka jak rośli­na
na je­sień pełna smut­ku. Po na­rodzi­nach przy­rod­niej sios­try spo­ra
część obo­wiązków przy­padła star­szej sios­trze, która tyl­ko
pat­rzyła na niemowlę myśląc ja­ki los zgo­tuje ci włas­na mat­ka czy
ten dob­ry? czy ten zły? Mi­jały miesiące znów in­formac­ja, że mat­ka
przy nadziei tym ra­zem reak­cja rodzinę prze­raziła dziew­czy­ny, ale
cóż z uczuć nie wiele zos­tało w niej. Na­rodził się sy­nek wiel­ka
ra­dość z ko­lej­ne­go dziec­ka, ale przez długi czas ba­no się
by dziew­czy­na zaj­mo­wała się bra­ciszkiem. Za­tem więcej obo­wiązków
przy­padło jej w udziale w do­mu było to dob­re roz­wiąza­nie...
Często od­wie­dzała ich sios­tra mat­ki ze sy­nami, które­goś dnia
poszły z małymi dziećmi na plo­teczki, a dziew­czy­na zos­tała
z ku­zyna­mi. Star­szy ku­zyn wpadł na ge­nial­ny po­mysł, że nau­czy
ich pa­lić, bo sam już po­palał i zaczęła się lek­cja pa­lenia, ale nikt
nie przy­puszczała, że ko­niec będzie fa­tal­ny kiedy mat­ka i ciocia
wróciły do do­mu od ra­zu wyczuły, że było pa­lone ciocia os­trym
zde­cydo­wanym głosem spy­tała synów kto pa­lił ku­zyno­wie ze strachu
po­wie­dzieli, że ku­zyn­ka ich namówiła mat­ka dziew­czy­ny bez
zas­ta­nowienia do­padła do niej bijąc na oślep.
Dziew­czy­na przyj­mo­wała ra­zy od­po­wiadając na mat­ki krzy­ki,
że to nie ona lecz ta była głucha i lała da­lej. Ciocia z sy­nami poszła
do kuchni długo z ni­mi roz­ma­wiała i us­ta­liła jak było wte­dy
zde­cydo­wała się przer­wać całe to zajście. Kiedy mat­ka dziew­czy­ny
usłyszała wy­jaśnienia sios­try wzruszyła tyl­ko ra­miona­mi i rzekła
- du­pa nie szklan­ka dos­tała, bo pa­liła. Ciocia pokręciła głową
i wyszła.Ta­kich ka­mieni życiowych wiele dos­tała, bo bra­cia się
ba­li, że dos­taną, a to ku­zyni się po­myli­li długo to trwało,
aż do in­formac­ji jaką mat­ka dos­tała, ze syn naj­star­szy, który był
przy oj­cu miał wy­padek na mo­torze i jest w szpi­talu ta in­formac­ja
dla dziew­czy­ny była jak młyńskie koło u szyi nikt nie wie­dział co się
stało stra­ciła przy­tom­ność gdy przy­jechało po­goto­wie nie mog­li
pos­ta­wić diag­no­zy ani jej do­cucić pos­ta­nowiono ją zab­rać
do szpi­tala i tam po wielu ba­daniach nie było kon­kretów.
De­bato­wano, że może coś łyka lub w ciąży itd... ale ba­dania wszys­tko
wyk­luczyły. Gdy wróciła do do­mu mat­ka wys­traszo­na przys­to­powała,
bo dos­ko­nale ro­zumiała co się dzieje tyl­ko oczy za­mykała...na ból
jaki dziew­czy­nie spra­wia i to, że ją łamała. A ona za­pada co­raz
głębiej w sen gdzie nie można był jej do budzić. W śnie czuła się
bez­pie­cznie, ale nie mogła co­raz częściej stamtąd powrócić ogar­niał
ją co­raz bar­dziej i przy­ciągał do siebie usy­piając co­raz głębiej...

                                                                      sol8 4 wrzesień 2013.21:44 


Opowieść o dziecięcym sercu...Część 4 Tara

Ko­lory zni­kały z jej świata po­jawiły się sza­rocie przep­la­tane
bielą, które wca­le ją nie mar­twiły. Mat­ka dała jej trochę swo­body
by doszła do siebie. Dziew­czy­na zaczęła wychodzić i szu­kać
up­ragnione­go spo­koju zna­lazła go w la­sach gdy prze­mie­rzała
ki­lomet­ry spokój mus­kał ją niczym mgiełka wiat­ru de­likat­nie
by nie zra­nić jeszcze bar­dziej. Po­lubiła te wędrówki i zaczęła co­raz
da­lej zagłębiać się poz­nając to no­we miej­sca i sa­mot­nie
po la­sach mie­szkających ludzi z który­mi bar­dzo chętnie roz­ma­wiała,
bo czu­li coś więcej niż ci z mias­ta. Tak poz­nała ko­bietę, która
miała ow­czar­ki tak po­lubiła dziew­czynę przez te ich spot­ka­nia
i po­gawędki, że po­daro­wała jej os­tatnie szcze­nie.
Dziew­czy­na wie­działa, że w do­mu będzie os­tra przep­ra­wa, ale chęć
po­siada­nia zwierzęcia tak ją opętała, że była go­towa znieść wszys­tko
by­le je zat­rzy­mać.Wie­działa od ra­zu ja­kie jej na­da imię
i naz­wała ją Ta­ra, bo sym­bo­lizo­wała od­rodze­nie. Idąc do do­mu
mod­litwy do Bo­ga słała tuląc do ser­ca psinę cała drżała co te­raz
jak to będzie. Ot­worzyła drzwi usłyszała głos mat­ki i sąsiad­ki
po­myślała zajęta plot­ka­mi będzie dob­rze głos z kuchni ją przy­wołał
drżąc ruszyła gdy stanęła na wprost mat­ki wyszep­tała dos­tałam pies­ka
czy mogę go zat­rzy­mać? Mat­ka długo pat­rząc na nią mil­czała
po na­myśle rzekła - tak tyl­ko za­nieś go do obórki tam będzie spał.
Daw­no nie widziano tak szczęśli­wej dziew­czy­ny pog­nała jak wicher
bez słowa by­le mat­ka nie cofnęła słowa. Długo sie­działa przy swej
kocha­nej psi­nie głaszcząc, tuląc nie mogła się z nią roz­stać drżąc,
że znik­nie. Pełna nadziej ruszyła do do­mu będzie dob­rze ot­worzyła
drzwi mat­ka już inaczej roz­ma­wiała pełna niena­wiści krzyczała
- za­biję cię jak ten pies po­dusi mi kur­częta.
Dziew­czy­na zesztyw­niała, a w głowie grały jej słowa jak echo myśląc
co się stało mat­ka wyszła do obórki, a ona stała i stała przy­rod­nia
sios­tra się rozpłakała py­tając - co ci jest, ale nie dos­tała
od­po­wie­dzi gdyż dziew­czy­na jak stała tak wy­biegła była zim­na
je­sień dziesiąty wrze­sień ona tyl­ko w dre­sie i plas­ti­kowych
ba­let­kach biegła przez las płacząc jak się to mogło stać nic
nie ro­zumiała tyl­ko biegła i płakała gdy się oc­knęła była zdzi­wiona
ile prze­biegła gdyż dob­rze poz­nała sta­ry las, a sza­rość dnia
wska­zywała na późną porę ciągle pow­tarzała so­bie nie wrócę tam,
nie wrócę tam, a psi­na i obiet­ni­ca, że jej nie zos­ta­wię...
muszę po­myśleć zadrżała dziew­czy­na i zaczęła zry­wać wy­soką leśną
trawę by przy­goto­wać so­bie spa­nie. Chodziła i rwała naręcza tra­wy
szu­kając am­bo­ny by na niej się schro­nić in­styn­ktow­nie chy­ba
wyczu­wała, że to właści­we miej­sce w le­sie dla niej.
Zna­lazła i zro­biła so­bie posłanie pat­rząc w niebo zasnęła z myśla­mi
wi­rujący­mi w głowie. Była ciem­na zim­na noc gdy się prze­budziła
ja­kieś krzy­ki to chy­ba zły sen jes­tem w le­sie nikt nie wie gdzie,
ale i tak słyszała krzy­ki i uja­dające psy. Ja­kim cu­dem
tu nie ma ludzi tyl­ko ja­kaś sta­ra ru­dera, która się sy­pie ni­by kto
miałby tam iść - nikt przy zdro­wych zmysłach, bo zim­na i waląca się.
Zer­wała się na p­rawdę głosy zbliżają się i to wiele ich i psy. Zaczęła
schodzić z am­bo­ny po­wolut­ku by nikt jej nie usłyszał cała drżała
wy­cofując się na omac­ka w niez­na­nym kierun­ku by­le da­lej od tych
głosów. Długo to trwało nim zna­lazła się na skra­ju la­su nie wiedząc
dokąd idzie wpadła w ja­kieś mocza­ry czy coś ta­kiego tap­lając się
nasłuchi­wała co tam da­lej dzieje się uważając by nikt jej nie zauważył.
Była cała mok­ra utap­la­na ziemią i co te­raz gdzie iść
jest zu­pełnie ciem­no wte­dy przy­pom­niała so­bie słowa oj­ca, że gdy
idzie się nocą samą to strach ma wiel­kie oczy i nie wol­no się oglądać,
bo każdy krzak to strach. Wzięła się w garść pat­rząc w oczy czar­nej
no­cy cichą mod­litwą wspar­ta parła ni­by do przo­du nie bała się już
szła tak do ra­na gdy wyszła z la­su zo­baczyła blok,
w którym mie­szkała pos­ta­nowiła po cichut­ku na pal­cach się w kraść
by ub­ra­nia zmienić i zab­rać psa os­trożnie na­cis­kała klamkę
by nie skrzy­piała, a jed­nak mat­ka już stała w drzwiach co te­raz dała
krok do przo­du wyglądała doj­mująco i ta ziemia na niej mat­ka się
rozpłakała chwy­ciła ją w ra­miona i szep­tała kocham cię, ale
dziew­czy­na już nic nie słyszała tyl­ko drżała nie z zim­na lecz
zezłości o te słowa nie drgnęła tyl­ko stała. Mat­ka wy­tarła oczy
i po­wie­działa idź się wykąpać...

                                                                sol8 4 wrzesień 2013. 23:55 
Kreator stron internetowych - przetestuj